Grochówka

Czasami tak jest,  że w przydrożnym barze można natrafić na kulinarną perełkę, choćby w tej najprostszej formie. Tak samo było jak pewnego razu stanęliśmy przy naprawdę obskurnej budzie, w której, jak się okazało serwowano znakomitą grochówkę prosto z wojskowego kotła. Tym razem grochówka, chociaż już z garnka, trafiła na nasz stół. Mam nadzieję, że zapach grochówki dotarł również do Was!


składniki: bulion: 400g wędzonych żeberek, kawałek udka, 2 marchewki, 1 duża pietruszka, 1/2 selera z nacią, 1 płaska łyżka soli, 2 liście laurowe, 4 ziela angielskie, około 2l wody
dodatkowo: 1 pętko kiełbasy cienkiej (u mnie podwawelska), 4 centymetrowe plastry wędzonego boczku, 1 łyżka pokrojonej w drobną kostkę słoniny, 1 cebula, 1 łyżka majeranku, 1 ząbek czosnku, 1 czubata łyżeczka mąki;
4 -5 średnich ziemniaków,  1 łyżka vegety, świeżo mielony pieprz, majeranek
250g łuskanego grochu

wykonanie: Groch przekładamy do miski, zalewamy wrzątkiem i pozostawiamy tak na 1-2 godzin. Dzięki temu czas gotowania znacznie się skróci.
Bulion gotujemy z podanych wyżej składników, po około 1h wyjmujemy warzywa, które następnie ścieramy na tarce o grubych oczkach. Do gotującego się bulionu dodajemy groch.
Na patelni podsmażamy pokrojoną słoninę, boczek w słupkach oraz kiełbasę w półplasterkach. Kiedy zawartość patelni wyraźnie zrumienieje, dodajemy posiekaną cebulę oraz drobno starty czosnek. Mieszamy i smażymy aż cebula ładnie się zeszkli, pod koniec dodajemy łyżkę majeranku. Całość oprószamy mąką, mieszamy, podlewamy bulionem i dodajemy do zawartości garnka. Obrane ziemniaki kroimy w kostkę i również dodajemy do zupy. Całość gotujemy aż do momentu kiedy ziemniaki będą miękkie. Doprawiamy vegetą, świeżo zmielonym pieprzem oraz dodatkową porcją majeranku.

La cuisine française, czyli stara książka z przepisami - testować?

W ostatni weekend, podczas szperania na targu ze starociami, trafiłam na starą książkę kucharską z francuskimi przepisami. Jest to zbiór tradycyjnych dań, jednakże książka wzbudziła we mnie zachwyt, ponieważ zawiera naprawdę tak szeroki wachlarz potraw, że aż miło popatrzeć ;)
Zastanawiałam się więc czy oprócz testowania we własnej kuchni byłby ktoś zainteresowany chociaż kilkoma przepisami… Póki co zabieram się do pracy, a w kuchni już pachnie! A poniżej kilka pozycji, które znalazły się w książce.

zdjęcie z sieci

1. Horloge de Sylvestre, czyli Tort "Zegar Sylwestrowy"
2. Asperges  a la sauce Mornay, czyli Szparagi w sosie Mornay
3. Courgettes a la marseillaise, czyli Kabaczki po marsylsku
4. Tartelettes de volaille, czyli Tartaletki z mięsem drobiowym
5. Quiche froide au thon, Tarta z tuńczykiem
6. Morue en tourte, czyli Dorsz w cieście francuskim
7. Perdreaux rotis a la feuille de vigne, czyli Kuropatwy pieczone w liściach winorośli
8. Lapin au roquefort, Królik w sosie rokpol
9. Poulet a la charantaise, Kurczak z Charente
10. Coquilles de poisson gratines, czyli Ryba w kokilkach

…oraz wiele, wiele innych :)

Drugie śniadanie z kiwi i bananem

Za oknem deszczowa pogoda, mój kochany uciekł poszperać w starociach na Koło, a ja razem z Manią poddałyśmy się typowym zajęciom sobotnim Polaków, czyli sprzątaniu i oglądaniu seriali :)
Po sprzątaniu przyszedł czas na drugie śniadanie - proste,  szybkie, smaczne i słodkie!
A z racji tego, że u nas nadal panuje klimat nieco dietetyczny, serek użyty do śniadania był w wersji lżejszej.


składniki: 150g serka homogenizowanego waniliowego lub śmietankowego lekkiego, 1/2 banana, 1/2 kiwi, 2 łyżki pokruszonej granoli
opcjonalnie: kot domowy :)

wykonanie: Banana kroimy w plasterki, kiwi dzielimy na pół i również kroimy w plasterki. Następnie granolę dzielimy na 3 części: pierwszą wsypujemy do szklanki na dno, pokrywamy połową serka i dodajemy połowę pokrojonych bananów i kiwi. Na wierzch sypiemy drugą porcję granoli, ponownie wykładamy serek i układamy owoce wraz z pozostałą częścią granoli. Opcjonalnie śniadanie można zjeść w towarzystwie mruczącego kota, ułożonego na kolanach na kocu w pochmurny dzień :)

weekendowo w wersji sauté :)

Paella z owocami morza

Dawno już nic nowego nie pojawiło się na blogu, a wszystko przez to, że trochę diety, trochę jedzenia poza domem i wiecznie rozładowany aparat... Dzisiaj na szybko postanowiliśmy przygotować paellę z owocami morza, więc pod koniec gotowania (i w trakcie rozmowy telefonicznej) szybko podłączyłam akumulatorek do ładowania i udało się na szybko zrobić zdjęcie naszej ekspresowej paelli :)
Składniki są dość okrojone ale ważne, że były owoce morza...!


składniki: 250g owoców morza (u mnie mrożone), 150g krewetek, 600ml bulionu rybnego (z dodatkiem sosu rybnego i ostrygowego), 140g ryżu, 3 małe papryki: żółta, czerwona i zielona, 2 sparzone pomidory, 2 ząbki czosnku, 1 cebula, 1 łyżka koncentratu pomidorowego, 130ml białego wina (miałam francuskie półsłodkie), papryka słodka mielona, sól, pieprz, szczypta chili, sos ostrygowy, sos sojowy, sok z cytryny, szczypiorek, 2 łyżki oliwy

wykonanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę, podsmażamy krewetki aż się zarumienią. Zdejmujemy je z ognia. Na patelnię dodajemy pokrojoną w kostkę, najlepiej drobną, choć u mnie na szybko była grubsza, po czym podsmażamy przez kilka minut na patelni. Następnie dodajemy pokrojoną cebulę oraz posiekany czosnek. Przez chwilkę podsmażamy i dodajemy do zawartości patelni obrane ze skórki i pokrojone w kostkę pomidory. Całość przez chwilę dusimy. Dodajemy koncentrat oraz słodką paprykę, chili, szczyptę soli oraz pieprz i mieszamy. Podlewamy winem i odparowujemy aż zawartość patelni zmniejszy swoją objętość. Wlewamy bulion. Na patelnię dodajemy ryż, mieszamy i gotujemy na małym ogniu pod przykryciem przez 8 minut. Nie mieszamy! Następnie na wierzchu wykładamy owoce morza oraz wcześniej podsmażone krewetki, ponownie przykrywamy i dusimy 5-8 minut. Wyłączamy ogień i pozostawiamy paellę pod przykryciem na 3 minuty. Po tym czasie odkrywamy - zawartość powinna napęcznieć. Doprawiamy do smaku sosem sojowym oraz sokiem z cytryny, posypujemy posiekanym szczypiorkiem i podajemy póki ciepłe!

Tydzień na Ukrainie

Od dłuższego czasu wraz z Aleksandrem wybieraliśmy się na Ukrainę. Niestety ciągle nam było nie po drodze, zawsze coś ważnego do załatwienia w związku z pracą i tak przekładaliśmy ten wyjazd do momentu kiedy na Ukrainie zaczęło wrzeć. Oczywista więc była reakcja mojej mamy, która przeżywała nasz zeszłotygodniowy wyjazd, co najmniej tak, jakby miała nas już nie zobaczyć. My natomiast ze spokojem ducha, wypchanym bagażnikiem oraz pełnym bakiem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy.


Nasz wyjazd nie był też do końca przypadkowy, na Ukrainie zamierzaliśmy odwiedzić rodzinę mojego drogiego mężczyzny, która specjalnie na tę okazję zorganizowała sobie cały wolny tydzień. Aby dobrze wykorzystać czas spędzony tuż za wschodnią granicą, zaplanowaliśmy na weekend wyjechać nad Jezioro Białe (Bile Lake, Volodymyrets'kyi district, Ukraina) niestety pogoda przez cały nasz wyjazd była nieugięta i nie pozwoliła nam spędzić miło czasu na łonie natury, a mieliśmy przy sobie wszystko co na wyjazd potrzebne: śpiwory, materac, namiot itp...

dojazd do jeziora z Łucka
Przejście graniczne Zosin

Aby przedostać się na teren Ukrainy, wybraliśmy przejście graniczne w Zosinie - znajduje się ono najbliżej domu rodzinnego Aleksandra, w którym zostawiliśmy kilka rzeczy na wesele znajomych, które z kolei odbyło się 21 czerwca. Jest to przejście, które w ostatnim czasie zostało przebudowane i my, nieświadomi, zamiast przejechać przez bramki nic do oclenia, zmarnowaliśmy około godziny wjeżdżając w nieodpowiednią kolejkę - na przyszłość będziemy wiedzieć gdzie nie jechać :)
Następnie udaliśmy się w kierunku Łucka... z nadzieją, że nie urwiemy żadnego koła po drodze...

Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy gorąco przywitani już przy bramie, po czym wyciągnięto nas od razu na urodziny... i tak się zaczęła ukraińska historia - nie pamiętam już kiedy wypiłam tyle wódki :)

Cały nasz pobyt, pomijając wizytę w Zamku Lubarta, minął na wizytach w bani, spożywaniu alkoholu, próbowaniu miejscowych potraw i odpoczywaniu.

Zamek Lubarta

Zamek Lubarta
Nie obyło się oczywiście bez spróbowania pielmieni czy pysznych czebureków:

czeburek z szynką, serem i grzybami

czeburek z mięsem mielonym i cebulką

A także bez przytulania :) Na zdjęciu obok mnie siostrzeniec Aleksandra, Maxim, który jak się przykleił, tak odkleił się dopiero przed naszym wyjazdem...


A tego towaru nigdy nie brakowało... :)


Droga powrotna do domu okazała się być mniej przyjazna... Na dzień przed pękła nam felga. Wizyta w wulkanizacji, koszt: 350грн. Oczywiście przygód nie było końca. Szczęśliwi, że mamy jak wrócić do kraju, zapakowaliśmy samochód, ledwo minęliśmy Łuck i jak nam coś nie strzeli!
W efekcie poszedł nam stabilizator, na szczęście w pobliżu warsztatu samochodowego. Jeszcze zanim do niego dojechaliśmy, przypadkowo spotkany znajomy pomógł nam stabilizator przymocować abyśmy mogli przejechać kilkaset metrów i autko trafiło na podnośnik... Usłyszeliśmy tylko "ile macie pieniędzy" i choć nie daliśmy się wciągnąć w dyskusję próbowano nam rozebrać pół przodu :) ale szwagier Aleksandra wyratował nas z opresji. Koszt wymiany stabilizatora: 167грн. 



Z ostatkiem nerwów ruszyliśmy w stronę granicy. A co najgorsze i tu nie obyło się bez problemu... Już prawie byliśmy przy granicy, kiedy zatrzymała nas milicja. Już pomyśleliśmy sobie, że pewnie będą chcieli aby wspomóc fundusze biednej milicji, a tymczasem usłyszeliśmy tylko, że tanki na granicy i trzeba zawracać... takim sposobem zrobiliśmy jeszcze ładnych parę kilometrów. 

dodatkowa trasa

Do Zamościa dojechaliśmy dopiero po 22. Padliśmy do łóżka jak muchy...
A następnego dnia - rewelacyjne weselisko :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...