Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIEJSCA. Pokaż wszystkie posty

Centrum Zarządzania Światem, czyli jak PYSZNIE zjeść na Pradze

Niepozorna okolica, pobliskie sąsiedztwo Urzędu Skarbowego na Pradze, zaraz obok remont i nieudolny pan remontowiec, starający się wyskrobać z wymazanej zaprawą elewacji poprzedni wzór. Kilka kroków od sygnalizacji świetlnej znajduje się miejsce wyjątkowe, sami "właściciele" nazywają je mianem niezobowiązującego domu kulinariów i kultury. Bez wątpienia klubokawiarnia o wdzięcznej nazwie "Centrum Zarządzania Światem" jest jednym z tych unikatowych miejsc na mapie kulinarnej Warszawy gdzie można zjeść coś naprawdę PYSZNEGO!


Już po poproszeniu o rachunek, zapytałam pośpiesznie czy nie będą mieli nic przeciwko wystawieniu recenzji, najpierw pojawiła się odpowiedź, że nie ale za chwilę szybkie pytanie czy będzie ona na plus czy na minus - oczywiście recenzja jest na olbrzymi plus! W skali 1-6, klubokawiarnia zyskała w naszych oczach ocenę 6 i to bez żadnego minusa. A teraz czas na relację z naszej wizyty :)

Na początku jednak przepraszam za brak własnych zdjęć, poniższe pochodzą ze strony Centrum Zarządzania Światem na Facebooku.

Tuż po wejściu do lokalu przywitał nas loftowy klimat - nie ukrywam, że obawiałam się, że spotka nas w nim to samo co w pobliskim (tuż za rogiem) lokalu, który zaskoczył nas kiepską obsługą oraz fatalnym jedzeniem. Jednakże, ku mojemu zaskoczeniu, obsługa, tzn. sympatyczny chłopak, który naprawdę sprawnie i z uśmiechem reagował na wchodzących do knajpki, była naprawdę profesjonalna!

Po przejrzeniu menu, w tym ciekawej pozycji w postaci rekina w sosie orzechowym (!), w końcu zdecydowaliśmy się na chrupiące polędwiczki podane na truflowym puree wraz z groszkiem cukrowym (zdjęcie poniżej) oraz kaczkę podaną na klasycznym puree z mixem sałat - inwencja twórcza kucharza w związku z brakiem któregoś ze składników do przygotowania pozycji z karty dań. W oczekiwaniu na dania mieliśmy okazji rozejrzeć się po wnętrzu - naszą uwagę przykuł przede wszystkim regał znajdujący się w ścianie, który w efekcie końcowym okazał się pełnić również funkcję drzwi… Nie zdziwił mnie zatem napis na samej górze "Inny wymiar" :)
Meble to przede wszystkim mieszanka różnych starych mebli, które idealnie współgrały z ceglanymi ścianami oraz stojącą lampą z dużym abażurem.

Ale wracając do jedzenia…

Podane polędwiczki były niesamowicie chrupiące, a puree truflowe wyraziste w smaku. Szczególnie przypadło do gustu Aleksandrowi, który z chęcią podbierał mi je z talerza :)
Kaczka również była wyśmienita - rozpływała się w ustach, a mix sałat doprawiony tak subtelnie, można by powiedzieć, że zwieńczył dzieło kucharza :)

Centrum Zarządzania Światem to naprawdę miejsce warte uwagi. Od dawna nie mieliśmy okazji zjeść czegoś równie dobrze przyrządzonego i z pewnością nie byliśmy tam po raz ostatni! To dopiero pierwsza nasza wizyta w tym miejscu i zamierzamy tu wracać niejednokrotnie.


Centrum Zarządzania Światem znajdziecie w sieci: http://www.centrumswiata.com
oraz bezpośrednio pod adresem: Stefana Okrzei 26, 03-710 Warszawa

Polecamy, bo warto!

Tydzień na Ukrainie

Od dłuższego czasu wraz z Aleksandrem wybieraliśmy się na Ukrainę. Niestety ciągle nam było nie po drodze, zawsze coś ważnego do załatwienia w związku z pracą i tak przekładaliśmy ten wyjazd do momentu kiedy na Ukrainie zaczęło wrzeć. Oczywista więc była reakcja mojej mamy, która przeżywała nasz zeszłotygodniowy wyjazd, co najmniej tak, jakby miała nas już nie zobaczyć. My natomiast ze spokojem ducha, wypchanym bagażnikiem oraz pełnym bakiem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy.


Nasz wyjazd nie był też do końca przypadkowy, na Ukrainie zamierzaliśmy odwiedzić rodzinę mojego drogiego mężczyzny, która specjalnie na tę okazję zorganizowała sobie cały wolny tydzień. Aby dobrze wykorzystać czas spędzony tuż za wschodnią granicą, zaplanowaliśmy na weekend wyjechać nad Jezioro Białe (Bile Lake, Volodymyrets'kyi district, Ukraina) niestety pogoda przez cały nasz wyjazd była nieugięta i nie pozwoliła nam spędzić miło czasu na łonie natury, a mieliśmy przy sobie wszystko co na wyjazd potrzebne: śpiwory, materac, namiot itp...

dojazd do jeziora z Łucka
Przejście graniczne Zosin

Aby przedostać się na teren Ukrainy, wybraliśmy przejście graniczne w Zosinie - znajduje się ono najbliżej domu rodzinnego Aleksandra, w którym zostawiliśmy kilka rzeczy na wesele znajomych, które z kolei odbyło się 21 czerwca. Jest to przejście, które w ostatnim czasie zostało przebudowane i my, nieświadomi, zamiast przejechać przez bramki nic do oclenia, zmarnowaliśmy około godziny wjeżdżając w nieodpowiednią kolejkę - na przyszłość będziemy wiedzieć gdzie nie jechać :)
Następnie udaliśmy się w kierunku Łucka... z nadzieją, że nie urwiemy żadnego koła po drodze...

Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy gorąco przywitani już przy bramie, po czym wyciągnięto nas od razu na urodziny... i tak się zaczęła ukraińska historia - nie pamiętam już kiedy wypiłam tyle wódki :)

Cały nasz pobyt, pomijając wizytę w Zamku Lubarta, minął na wizytach w bani, spożywaniu alkoholu, próbowaniu miejscowych potraw i odpoczywaniu.

Zamek Lubarta

Zamek Lubarta
Nie obyło się oczywiście bez spróbowania pielmieni czy pysznych czebureków:

czeburek z szynką, serem i grzybami

czeburek z mięsem mielonym i cebulką

A także bez przytulania :) Na zdjęciu obok mnie siostrzeniec Aleksandra, Maxim, który jak się przykleił, tak odkleił się dopiero przed naszym wyjazdem...


A tego towaru nigdy nie brakowało... :)


Droga powrotna do domu okazała się być mniej przyjazna... Na dzień przed pękła nam felga. Wizyta w wulkanizacji, koszt: 350грн. Oczywiście przygód nie było końca. Szczęśliwi, że mamy jak wrócić do kraju, zapakowaliśmy samochód, ledwo minęliśmy Łuck i jak nam coś nie strzeli!
W efekcie poszedł nam stabilizator, na szczęście w pobliżu warsztatu samochodowego. Jeszcze zanim do niego dojechaliśmy, przypadkowo spotkany znajomy pomógł nam stabilizator przymocować abyśmy mogli przejechać kilkaset metrów i autko trafiło na podnośnik... Usłyszeliśmy tylko "ile macie pieniędzy" i choć nie daliśmy się wciągnąć w dyskusję próbowano nam rozebrać pół przodu :) ale szwagier Aleksandra wyratował nas z opresji. Koszt wymiany stabilizatora: 167грн. 



Z ostatkiem nerwów ruszyliśmy w stronę granicy. A co najgorsze i tu nie obyło się bez problemu... Już prawie byliśmy przy granicy, kiedy zatrzymała nas milicja. Już pomyśleliśmy sobie, że pewnie będą chcieli aby wspomóc fundusze biednej milicji, a tymczasem usłyszeliśmy tylko, że tanki na granicy i trzeba zawracać... takim sposobem zrobiliśmy jeszcze ładnych parę kilometrów. 

dodatkowa trasa

Do Zamościa dojechaliśmy dopiero po 22. Padliśmy do łóżka jak muchy...
A następnego dnia - rewelacyjne weselisko :)

Norwegia/Alghero - długa relacja! Zdjęcia!

Jakiś czas temu informowałam Was o tym, że wraz z Aleksandrem planujemy wyjechać do Alghero. Prawdę mówiąc, na kilka dni przed wyjazdem prawie tą wycieczkę odwołaliśmy. Chyba za dużo wszystkiego naraz: trochę problemów firmowych, przeprowadzka, a razem z nią mini remont, zakup mebli... Naprawdę już oznajmiliśmy wszystkim, że zostajemy. I tak z "krzywymi ryjami" chodziliśmy aż do dnia przed planowanym wylotem... aż podjęliśmy decyzję, że niech się dzieje co chce - lecimy!
Niestety odwołaliśmy rezerwację hotelową, więc na ostatnią chwilę szukaliśmy taniego noclegu. Posiadaliśmy niewielkie fundusze ale trafiliśmy na Villaggio Nurral - obiekt usytuowany w Fertilii, 6 km od Alghero, posiadający na swoim terenie bungalowy oraz miejsca kempingowe.
Ale... Od początku.
Wylecieliśmy 14 maja z lotniska Chopin w Warszawie, liniami WizzAir w kierunku: Sandefjord Torp. Tuż po wylądowaniu mieliśmy prawie cały dzień na piesze wycieczki i zwiedzanie Sandefjord - przy okazji przekonaliśmy się jak drogie, w stosunku do naszych zarobków, jest życie w Norwegii. Przykładowo, butelka wody 0,5l - 25 NOK, czyli przy ówczesnym kursie waluty jakieś 12,75zł :) a już McChicken w McDonaldsie 50 NOK, czyli 25,50zł....











Na szczęście przygotowaliśmy się na taką ewentualność i zabraliśmy ze sobą troszkę jedzenia, które z przyjemnością zjedliśmy w porcie. Jedynym minusem był niestety dość silny wiatr. Ale pomimo kosztów, chłodnej pogody i niezrozumiałego języka utwierdziłam się w tym, że Norwegia to piękny, czysty i bardzo kulturalny kraj. Przeżywałam szok za każdym razem kiedy nawet skuter lub rower zatrzymywał się aby przepuścić nas na pasach :) Kultura w każdym zakresie. A poza tym - Norwedzy znakomicie posługują się językiem angielskim. Tak więc nie było problemu aby się z nimi porozumieć.

Wieczorem już wyruszyliśmy w kierunku lotniska w Alghero - na miejscu byliśmy około godziny 23, także do zameldowania pozostało nam około godziny. Na szczęście okazało się, że w stronę Fertilii kursuje jeszcze ostatni autobus, także bardzo szybko zaleźliśmy się o kilka kroków od naszego miejsca zameldowania. Po dotarciu na miejsce okazało się, że wbrew naszym oczekiwaniom w każdym bungalowie są prywatne łazienki, na co zupełnie nie wskazywał opis na bookingu, według którego Villaggio Nurral posiada jedynie wspólne prysznice. Po zameldowaniu pozwoliliśmy sobie jeszcze na szybki nocny spacer zapoznawczy, po czym udaliśmy się za zasłużony odpoczynek. Z samego rana udaliśmy się na śniadanie, które wliczone było w cenę wynajmu - w drzwiach przywitał nas Angelo, który wyglądem przypominał mi podstarzałego Bohdana Łazukę, tylko mocno opalonego, z kruczoczarnymi włosami i lekko wytrzeszczonymi oczami. W skład śniadania wchodziły: cappuccino/herbata/piwo!, sok pomarańczowy, rogalik z nadzieniem, rogalik słodki bez nadzienia, marmoladki, masełko, włoska szynka oraz parmezan lub gotowe kanapki: z mozzarellą i pomidorem albo szynką i serkiem, chrupkie pieczywo oraz forma deseru: ciasteczka/strucla jabłkowa/ ciasto drożdżowe z owocami.
Pierwszego dnia udaliśmy się do Alghero. Pospacerowaliśmy trochę po mieście, po czym udaliśmy się na plażę gdzie opalaniu ulegało wyłącznie ciało Olka, a moje było raczej nieugięte włoskiemu słońcu.














Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić inne pobliskie plaże. Nie da się ukryć, że łącznie przeszliśmy trochę kilometrów ale w sumie odwiedziliśmy dwie bardzo miłe dla oka plaże: Le Bombarde oraz Lanzarote. Tym razem odpuściłam sobie wszelkie kremy z filtrem i mogłam śmiało powiedzieć, że wreszcie zaczęło mnie lekko muskać słoneczko. Niestety była to zapowiedź "pięknej" opalenizny "od koszulki", którą złapałam siedząc na bulwarze w Fertilii tuż przed zachodem słońca. Rano przekonałam się jak ładnie można się spiec :)









Czego jeszcze Wam nie pokazałam? Zrobiłam jeszcze zdjęcia przykładowego menu w Alghero, drugiej pizzy, którą zjedliśmy tuż przed wyjazdem oraz świeżych owoców morza, która pięknie prezentowały się w sklepie ale za to czuć je było już od wejścia do sklepu :)





Urzekły mnie też fartuszki sprzedawane na jednej z uliczek Alghero, którym na miejscu wyszywano imiona nabywców:


Z bólem serca opuszczaliśmy w niedzielę słoneczne Włochy. Szczególnie, że czekała nas wizja spędzenia 12 godzin na lotnisku Sandefjord-Torp, w oczekiwaniu na powrotny lot do Warszawy. Na szczęście jakoś przeżyliśmy i cali i zdrowi, choć trochę zmęczeni wróciliśmy do Polski.





Na koniec:

Każdemu życzę takich wyjazdów jak nasz - nie ma co rezygnować nawet jeżeli brak pieniędzy. My naprawdę pojechaliśmy bez kasy. Jedyne co nas uratowało to dwa niespodziewane przelewy na konto na sumy 200 i 300zł (ach ten zwrot Vat!).
Ogólnie gdybyśmy mogli to pewnie zostalibyśmy tam dłużej ale brak laptopów, czyli narzędzi pracy nie pozwolił nam na taką przyjmność :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...