Tydzień na Ukrainie

11:55 Monika Chrzanowska 0 Comments

Od dłuższego czasu wraz z Aleksandrem wybieraliśmy się na Ukrainę. Niestety ciągle nam było nie po drodze, zawsze coś ważnego do załatwienia w związku z pracą i tak przekładaliśmy ten wyjazd do momentu kiedy na Ukrainie zaczęło wrzeć. Oczywista więc była reakcja mojej mamy, która przeżywała nasz zeszłotygodniowy wyjazd, co najmniej tak, jakby miała nas już nie zobaczyć. My natomiast ze spokojem ducha, wypchanym bagażnikiem oraz pełnym bakiem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy.


Nasz wyjazd nie był też do końca przypadkowy, na Ukrainie zamierzaliśmy odwiedzić rodzinę mojego drogiego mężczyzny, która specjalnie na tę okazję zorganizowała sobie cały wolny tydzień. Aby dobrze wykorzystać czas spędzony tuż za wschodnią granicą, zaplanowaliśmy na weekend wyjechać nad Jezioro Białe (Bile Lake, Volodymyrets'kyi district, Ukraina) niestety pogoda przez cały nasz wyjazd była nieugięta i nie pozwoliła nam spędzić miło czasu na łonie natury, a mieliśmy przy sobie wszystko co na wyjazd potrzebne: śpiwory, materac, namiot itp...

dojazd do jeziora z Łucka
Przejście graniczne Zosin

Aby przedostać się na teren Ukrainy, wybraliśmy przejście graniczne w Zosinie - znajduje się ono najbliżej domu rodzinnego Aleksandra, w którym zostawiliśmy kilka rzeczy na wesele znajomych, które z kolei odbyło się 21 czerwca. Jest to przejście, które w ostatnim czasie zostało przebudowane i my, nieświadomi, zamiast przejechać przez bramki nic do oclenia, zmarnowaliśmy około godziny wjeżdżając w nieodpowiednią kolejkę - na przyszłość będziemy wiedzieć gdzie nie jechać :)
Następnie udaliśmy się w kierunku Łucka... z nadzieją, że nie urwiemy żadnego koła po drodze...

Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy gorąco przywitani już przy bramie, po czym wyciągnięto nas od razu na urodziny... i tak się zaczęła ukraińska historia - nie pamiętam już kiedy wypiłam tyle wódki :)

Cały nasz pobyt, pomijając wizytę w Zamku Lubarta, minął na wizytach w bani, spożywaniu alkoholu, próbowaniu miejscowych potraw i odpoczywaniu.

Zamek Lubarta

Zamek Lubarta
Nie obyło się oczywiście bez spróbowania pielmieni czy pysznych czebureków:

czeburek z szynką, serem i grzybami

czeburek z mięsem mielonym i cebulką

A także bez przytulania :) Na zdjęciu obok mnie siostrzeniec Aleksandra, Maxim, który jak się przykleił, tak odkleił się dopiero przed naszym wyjazdem...


A tego towaru nigdy nie brakowało... :)


Droga powrotna do domu okazała się być mniej przyjazna... Na dzień przed pękła nam felga. Wizyta w wulkanizacji, koszt: 350грн. Oczywiście przygód nie było końca. Szczęśliwi, że mamy jak wrócić do kraju, zapakowaliśmy samochód, ledwo minęliśmy Łuck i jak nam coś nie strzeli!
W efekcie poszedł nam stabilizator, na szczęście w pobliżu warsztatu samochodowego. Jeszcze zanim do niego dojechaliśmy, przypadkowo spotkany znajomy pomógł nam stabilizator przymocować abyśmy mogli przejechać kilkaset metrów i autko trafiło na podnośnik... Usłyszeliśmy tylko "ile macie pieniędzy" i choć nie daliśmy się wciągnąć w dyskusję próbowano nam rozebrać pół przodu :) ale szwagier Aleksandra wyratował nas z opresji. Koszt wymiany stabilizatora: 167грн. 



Z ostatkiem nerwów ruszyliśmy w stronę granicy. A co najgorsze i tu nie obyło się bez problemu... Już prawie byliśmy przy granicy, kiedy zatrzymała nas milicja. Już pomyśleliśmy sobie, że pewnie będą chcieli aby wspomóc fundusze biednej milicji, a tymczasem usłyszeliśmy tylko, że tanki na granicy i trzeba zawracać... takim sposobem zrobiliśmy jeszcze ładnych parę kilometrów. 

dodatkowa trasa

Do Zamościa dojechaliśmy dopiero po 22. Padliśmy do łóżka jak muchy...
A następnego dnia - rewelacyjne weselisko :)

0 komentarze:

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...